Parówki na boisku – felieton Konrada Kruszewskiego

Po naszym histo (przepraszam: histerycznym) występie na tegorocznym piłkarskim mundialu kibice (i nie tylko) są przekonani, że polscy piłkarze lepiej grają w reklamach niż w piłkę nożną. Nie jest to twierdzenie pozbawione podstaw, ponieważ na mistrzowskiej imprezie ze świecą trzeba było szukać drużyny, która wypadłaby od nas gorzej.

Tymczasem w reklamach wyglądało to całkiem, całkiem. Zwłaszcza, jeśli chodzi o ilościowy udział. Sprawdziłem, że polscy piłkarze i ich trener Nawałka wystąpili w reklamach Samsunga, 4Move, Warki, Berlinek, Huawei, Head & Shoulders, Oshee, T-Mobile, Coca-Coli, Żabki, Fenolu, Manty, Lotosu, Biedronki i Vistuli.

Jak widać, było tego całkiem sporo. Kilka razy więcej niż bramek strzelonych przez Polaków na mistrzostwach, a nawet więcej niż (i to budzi prawdziwy szacunek) straconych.

Jeśli chodzi o popisy aktorskie, to niestety zależały one od chwili, w której reklamę się oglądało. Przed mistrzostwami wierzyłem Lewandowskiemu bardzo, kiedy przekonywał mnie, jak łatwo mogę pozbyć się łupieżu. Ale po popisach naszego mistrza w pierwszych dwóch meczach łeb mnie swędzi za każdym razem, kiedy oglądam go w reklamie.

Aktorsko najlepiej wypadł selekcjoner. W reklamie parówek Adam Nawałka nawet nie musiał nic mówić. Elegancki, w dobrze skrojonym garniturze tylko na te parówki patrzył. Ale jak on patrzył! Jak Humphrey Bogart na Lauren Bacall w filmie „Wielki Sen”. Widać było, że te parówki go nie tylko podziwiają, ale i bezgranicznie mu ufają. Kiedy oglądałem tę reklamę przed mistrzostwami świata, myślałem, że polscy piłkarze, jak te parówki, bezgranicznie ufają polskiemu trenerowi i rzucą się za nim na afrykańskie lwy z Senegalu, żeby je rozszarpać. Niestety, okazało się, że parówki, to tylko parówki, lwy dwa razy mlasnęły i było po zawodach.

Teraz specjaliści od marketingu zastanawiają się, czy firmy, które zapłaciły polskim piłkarzom za udział w reklamach ich produktów zyskały, czy na tym straciły. Przeważa pogląd, że mimo wszystko zyskały. Specjaliści od reklamy doskonale zdają sobie sprawę z ryzyka związanego z inwestowaniem w wydarzenia sportowe. Dlatego gros nakładów wykorzystywanych jest przed imprezą, na wypadek, gdyby ona nie wypaliła. Zysk z pokazywania reklam przed mistrzostwami ma zrekompensować ewentualne straty po meczach.

Doskonale rozumiał to też Grzegorz Krychowiak, który przed swoimi występami na boisku prezentował się w mediach społecznościowych jako światowej klasy kreator mody, który w przerwach podczas zgrupowania kadry dobierał materiały do swojego paryskiego butiku, ale po swoich popisach na murawie zrezygnował z tej formy promocji, wiedząc, że teraz lepiej ze swoimi krawieckimi umiejętnościami (choć większymi od piłkarskich) lepiej się nie wychylać.

Bardzo wielu kibiców (można ich opinie przeczytać w mediach społecznościowych) jest przekonanych, że występy naszych „asów” w reklamach zaważyły na złych występach na boisku. Coś w tym może być, ale dotyczy to wyłącznie korzystania z jednego z promowanych produktów, który brał udział w „aferze alkoholowej” na zgrupowaniu kadry narodowej, o której doniosły media. Tego akurat poglądu nie podziela prezes Zbigniew Boniek, kiedy mówi: „załóżmy, że piłkarze dostali wolne (…) wypili po trzy piwa, pośpiewali i co takiego się stało!?”

Nic się nie stało, Polacy, nic się nie stało.

Konrad Kruszewski

 

Komentarze