,

Nasz świat zmienił się błyskawicznie. Koronawirus słowem roku?

Takie słowa jak kwarantanna, epidemia, zaraza były oczywiście w naszym języku już wcześniej, ale teraz przeżywają swoisty renesans. Osobiście alergicznie reaguję na sformułowanie nowa normalność, natomiast dużą karierę wróżę przymiotnikowi zdalny – tak o wpływie pandemii na nasz język mówi dr Konrad Szamryk (na zdjęciu) filolog z Uniwersytetu w Białymstoku.

Czy koronawirus będzie słowem 2020 roku?

Dr Konrad Szamryk: Możliwe, że internauci wybiorą jakieś inne słowo związane z pandemią. Być może będzie to właśnie rzeczownik pandemia albo przymiotnik zdalny. Pamiętajmy, że internauci wybierają młodzieżowe słowo roku, a ono zawsze jest trochę przewrotne. My, nieco starsi użytkownicy polszczyzny, zastanawiamy się nawet, czy rzeczywiście jest ono w danym momencie najpopularniejsze i najważniejsze. Natomiast wydaje mi się, że w 2020 roku może być to słowo związane z pandemią Covid-19, ponieważ jest to doświadczenie, które dotknęło nas wszystkich.

Czy dotknęło także naszą sferę językową?

– Oczywiście. I to nawet w większym stopniu niż się nam na pierwszy rzut oka wydaje.

Do naszego codziennego słownika weszły już takie słowa jak: pandemia, koronawirus, zdalny, maseczka, lockdown, kwarantanna, wirus, epidemia… Używają ich wszyscy – od przedszkolaka do seniora.

I wszyscy też rozumiemy ich znaczenie. Takie słowa jak kwarantanna, epidemia, zaraza były oczywiście w naszym języku już wcześniej, ale teraz przeżywają swoisty renesans. Podobnie jak przyłbica, tarcza, izolacja – te słowa też mają dziś o wiele większą frekwencję niż na przykład przed rokiem. One oczywiście funkcjonowały w naszym słowniku, ale teraz przesunęły się w kierunku centrum języka. Natomiast obrodziło nam związanymi z epidemią połączeniami wyrazowymi, które również są nowe, ale ponieważ składają się z wyrazów powszechnie zrozumiałych, mniej zwracamy na nie uwagę: zamrożenie gospodarki, odmrożenie gospodarki, luzowanie obostrzeń, znoszenie obostrzeń, dystans społeczny, szpital jednoimienny.

Jak długo słowa i wyrażenia związane z koronawirusem zostaną w naszym codziennym języku?

– Zawsze jest tak, że część słów odchodzi, a część zostaje. Jakiś czas temu mieliśmy wysyp wyrazów z cząstką korona: koronawakacje, koronaferie, koronalia, koronazakupy, koronaparty, ale były to tylko efemeryczne słowa, które odeszły tak szybko, jak się pojawiły. Podobnie jest z takimi wyrażeniami jak np. cichy roznosiciel. Teraz raczej mówimy o roznosicielu bezobjawowym. Inne przykłady, które zauważyłem na początku epidemii, dotyczyły edukacji. Szukaliśmy wtedy określeń związanych właśnie z nauczaniem.

Najpierw zaczęliśmy mówić o edukacji online, a dopiero potem o edukacji zdalnej. Zastanawialiśmy się też, jak nazwać nauczanie, które mieliśmy do tej pory w salach lekcyjnych. I pojawiło się określenie normalna edukacja, normalne nauczanie. Użytkownicy czuli jednak, że coś im nie pasuje. Dlatego teraz mówi się raczej o edukacji bezpośredniej.

Albo stacjonarnej…

– Ale nie mówimy o normalnej edukacji, bo przymiotnik normalny sugerował, że ten drugi sposób nauczania – zdalny – ma coś w sobie z nienormalności lub dziwności. A przecież tak nie jest, dlatego to połączenie odeszło. Nie mam jednak wątpliwości, że wiele słów, tak jak doświadczenie pandemii, zostanie z nami na długo, jak chociażby określenia związane z edukacją, zdrowiem czy gospodarką.

W mowie codziennej lubimy też tworzyć neologizmy, które lepiej oddają nasze odczucia. Na koronawirusa też tak zareagowaliśmy?

– Oczywiście. Zawsze jest tak, że język reaguje na rzeczywistość, przystosowuje się do niej. Nowa rzeczywistość wymaga nowego języka. Po katastrofie smoleńskiej do naszego języka weszło słowo miesięcznica. Kryzys związany z frankiem szwajcarskim dał nam frankowicza. Podobnie jest teraz. Pojawiły się np. takie słowa – trochę na zasadzie zabawy językiem – jak ukoronować, kowidianin, kowidianie. Funkcjonuje też sformułowanie: nowa normalność – tak jakby wcześniej była stara normalność. A może tak było?

Co ciekawe, w powszechnym użyciu są też dwa przymiotniki: epidemiczny i epidemiologiczny. Chociaż mają różne znaczenia, bo pierwszy odnosi się do epidemii, a drugi do epidemiologii, czyli działań związanych z zapobieganiem epidemii, często używane są wymiennie – słyszymy o kryzysie epidemicznym lub epidemiologicznym.

Obecna epidemia nie jest pierwszą na świecie. Nasi przodkowie też zmagali się z podobnymi zagrożeniami. Czy wróciły do naszego języka słowa, których używano wtedy jak np. zaraza?

– Zaraza faktycznie wróciła, ale wielu jednostkom językowym taki powrót się nie udał. W przeszłości choroby zakaźne określano na wiele sposobów. Mówiono np. o chorobach nagminnych, czyli tych powszechnych albo o chorobach przymiotnych. Mieliśmy też choroby przerzutne. Te wyrażenia nie wróciły. Kiedyś np. używano słowa rekluzja, które funkcjonowało na pograniczu medycyny i religii, a oznaczało pozostawanie w odosobnieniu, odseparowanie od ludzi. To słowo nie wróciło, a trochę szkoda. W zamian dostaliśmy, też wcale nie najgorszą, samoizolację.

Niektórzy w tym znaczeniu używają rzeczownika kwarantanna. Pamiętajmy jednak, że kwarantanna nakładana jest administracyjnie, a jeśli sami decydujemy się pozostać w domu, to mówimy raczej o samoizolacji.

I jest to słynne angielskie lockdown. Czy wiele wyrazów związanych z pandemią to zapożyczenia z angielskiego?

– Tak, sporo słów i wyrażeń przejęliśmy z języka angielskiego. Jedne jako zapożyczenia właściwe, jak właśnie lockdown, inne w formie kalk np. zamrażanie gospodarki, nowa normalność, dystans społeczny. Język polskiej publicystyki pozostaje pod bardzo mocnym wpływem publicystyki anglosaskiej – stąd też te wpływy.

Jest jakieś wyrażenie – słowo, na które zwrócił pan szczególną uwagę?

– Wiele jest słów, które wzbudziły moje emocje. Chyba najbardziej wzburzyło mnie określenie: nowa normalność. Nie odbieram bowiem czasu pandemii jako normalności. Co więcej, nie chcę tego czasu tak nazywać. Nie mogliśmy spotkać się z bliskimi, nie latały samoloty, zamknięte były kawiarnie, restauracje, kina, był nawet taki moment, że nie mogliśmy wyjść do parku lub lasu. Kiedy usłyszałem o nowej normalności, do której powinniśmy się przyzwyczajać, to się we mnie coś gotowało. Osobiście alergicznie reaguję na sformułowanie nowa normalność.

To co zaproponowałby pan w zamian?

– Myślę, że stan przejściowy. Podkreślałbym tę tymczasowość. Gdy mówimy o języku, to w pewien sposób profilujemy rzeczywistość. Jak chcę widzieć doświadczenie pandemii jako stan chwilowy, a nie stan, do którego musimy się przyzwyczaić i traktować jako coś stałego. Natomiast dużą karierę wróżę przymiotnikowi zdalny.

W czasie epidemii okazało się, że wiele spraw możemy załatwić zdalnie…

– I będziemy mogli załatwić coraz więcej. Mam przyjaciół, którzy od dawna z powodzeniem pracują na uniwersytetach całkowicie zdalnie. Ich zdaniem pandemia przyśpieszyła tylko to, co by w naturalny sposób i tak nastąpiło. Pandemia pokazała nam, jak wiele spraw można załatwić bez wychodzenia z domu.

Przed rozpoczęciem nowego roku akademickiego karierę robi też wyrażenie system hybrydowy lub mieszany.

– Wiele określeń związanych z edukacją zdalną czy mieszaną weszło do języka i chyba już z nami zostaną. Zmienił się bowiem nasz sposób postrzegania nauczania – okazało się, że edukacja nie musi się odbywać tylko w szkole lub sali. A to wymusiło pewną precyzję w nazywaniu narzędzi edukacyjnych. Chyba już dzisiaj nikt nie pomyli platformy edukacyjnej z komunikatorem.

Z kolei do języka medycznego weszły teleporady.

Czy teleporady lub koronawizyty przyjmą się – tego nie wiemy, ponieważ tutaj dotykamy sfery zdrowia, która dla ludzi jest niezwykle ważna. Myślę, że wiele osób chętniej skorzysta z bezpośredniego spotkania z lekarzem, o ile będzie tylko taka możliwość. Choć z drugiej strony i tutaj widać zmiany. W końcu już teraz mamy e-zdrowie, e-porady, e-badania oraz e-recepty.

Źródło i fot. UwB

Komentarze