Przedsiębiorca elektryk: Dziś nie studia a chęci do pracy zrobią z ciebie milionera

Dziś dobrze zarabia się świadcząc usługi: budowlane, remontowe. Albo elektryczne. Do tego niepotrzebne są studia, tylko chęci do pracy. Chociaż Michał Jarmoszko (na zdjęciu) przekonuje, że przysłowiowy olej w głowie potrzebny jest w każdej branży, w jego szczególnie. Ktoś, kto nie umie myśleć logicznie, w jego firmie może co najwyżej wiercić dziury. Pod warunkiem, że potrafi obsłużyć wiertarkę.

– A z tym dziś bywa różnie – śmieje się Michał Jarmoszko z Dąbrowy Białostockiej, właściciel Elhub Instalacje Elektryczne.

Tłumaczy, że teraz młodzi ludzie są wychowywani inaczej niż kiedyś. Nie potrafią pracować, chcą zarabiać od razu krocie, a najlepiej chcieliby być prezesami zaraz po studiach. Michał też nie marzył o tym, że będzie kładł kable. Co prawda w młodości lubił rozkręcić to i owo, ale ze skręceniem był już większy problem.

Skończył studia na białostockim wydziale prawa i wyjechał do Warszawy. Nie za chlebem, jak niektórzy, po prostu tak wyszło. Tam zaczął pracować w firmie zajmującej się instalacjami elektrycznymi. Dobrze zarabiał, szybko się uczył, uzupełnił kwalifikacje. I w pewnym momencie postanowił, że idzie na swoje. Z dnia na dzień.

– To nie było tak, że rzucam się na głęboką wodę. Po prostu miałem już dość pracy na etacie i robienia swoich zleceń po godzinach. Musiałem z czegoś zrezygnować, padło na etat – opowiada.

Przyznaje, że nie było kolorowo, gdy nagle zdał sobie sprawę z tego, że nie będzie pieniędzy pierwszego, że będą dopiero, jak skończy zlecenie. W najcięższych momentach wspierał się oszczędnościami. Na szczęście jakieś miał, w innym wypadku musiałby zaciągać kredyty.

– Szkoła zarządzania zaczęła się jednak dopiero wtedy, gdy pojawili się pierwsi pracownicy. Trzeba było ich utrzymać, mimo braku pieniędzy. To był naprawdę trudny czas i niejeden przedsiębiorca pewnie by się poddał, ja też mogłem. Miałem gdzie wracać, wiedziałem, że w każdej firmie w mojej branży przyjmą mnie z otwartymi rękami. Ludzie, którzy potrafią pracować, są na wagę złota – zauważa.

On jednak poddawać się nie zamierzał, nawet wtedy, gdy okazywało się, że zamiast ogromnych pieniędzy ze zlecenia, musiał dużo dołożyć, bo coś poszło nie tak, bo na przykład źle zrobił wyceny.

– To była też najlepsza szkoła przedsiębiorczości, kosztowna, ale najlepsza – podkreśla.

Zaznacza, że pracy w tej branży jest tyle, że jeszcze wiele firm znajdzie w niej miejsce. Pieniądze z tego też wychodzą godziwe, pod warunkiem, że potrafi się wycenić swoją pracę.

– Jest takie powiedzenie: tanio nie będzie dobrze. I to jest prawda. Specjaliści mają prawo oczekiwać godziwej zapłaty za wykonane usługi – mówi.

Popyt na nie jest tak duży, że niepotrzebna jest reklama. To znaczy ta jest zawsze potrzebna, ale najlepsza jest taka, którą robią zadowoleni klienci. Albo więc robi się coś dobrze, albo nie ma co liczyć na kokosy.

Minusem działalności w tej branży, jak i w całej, tak zwanej budowlance, jest brak kompetentnych ludzi do pracy. Michałowi marzy się taka załoga, którą mógłby rozdzielić na kilka obiektów i nie musiał każdej z osobna pilnować, patrząc na ręce. Na razie nie może sobie na to pozwolić.

– Co prawda mam już zaufanych ludzi, ale jest ich ciągle za mało. Nawet jeśli przychodzi do pracy ktoś, kto twierdzi, że umie, w efekcie okazuje się, że jednak nic nie umie i trzeba go uczyć. Pół biedy, jeśli po szkoleniu zostanie w załodze. Zdarza się jednak i tak, że jest mu za ciężko, bo to jednak fizyczna praca, i po prostu odchodzi. I nie jest w stanie go zatrzymać zatrudnienie na umowę i dobra pensja, bo on marzył o pracy w urzędzie – tłumaczy.

Jego zdaniem problem tkwi w roszczeniowym społeczeństwie, w młodych ludziach, wychowywanych w kulcie seriali, w których pieniądze nierozerwalnie wiążą się z przysłowiową pracą w garniturach i poczucie, że tylko studia mogą pozwolić na godziwe życie.

– Na szczęście ten trend się odmienia, coraz więcej młodych ludzi wybiera zawodówki i myśli o przyszłości w branżach usługowych – zaznacza.

Zauważa też, że przez pandemię zmienia się rynek pracy, z tego pracownika, na rynek pracodawcy. Upadające firmy generują bezrobotnych, którzy już przestają dyktować warunki, często niemożliwe do spełnienia przez pracodawców.

– To jest bardzo ważne w usługach, ponieważ popyt na nie jest ogromny. Ale by go wypełnić, potrzebne są po prostu ręce do pracy – puentuje.

Ewa Bochenko

Komentarze