Słodki biznes od 30 lat na fali wzrostu. Ich sękacze zna każdy w okolicy – schodzą jak ciepłe bułeczki

Sukces Cukierni Andraka jest dowodem na to, że nie ważne, w jakim miejscu otwieramy działalność gastronomiczną. Istotne jest to, co serwujemy gościom. Sękacze z suchowolskiej manufaktury, przygotowywane z najlepszych składników od okolicznych dostawców, są znane i cenione w całym kraju. Dziś trudno sobie wyobrazić przyjęcie weselne na Podlasiu bez sękacza z Centrum Europy na słodkim stole.

Jaki sekret skrywa to niezwykłe tradycyjne podlaskie ciasto? To wie tylko rodzina Pawła Andraki, która od kilkudziesięciu lat strzeże przepisu wymyślonego przez jego rodziców. Nam właściciel cukierni uchyla tylko rąbka tajemnicy i zdradza, że za sukcesem tego deseru stoi to, że tuż przed pieczeniem do ciasta dodaje się ubite na sztywno białka. To właśnie dzięki temu sękacze są wyjątkowo puszyste.

Firma powstała w 1987 roku, w małym przydomowym zakładzie, zajmując się początkowo jedynie wypiekiem sękaczy. Te pracochłonne wypieki szybko stały się najsłynniejsze w regionie. Po latach rozbudowano zakład i rozszerzono działalność. Obok coraz bardziej rozpoznawalnego w kraju ciasta pojawiły się tez mrowiska, marcinki, torty i ciasto brzoza, które wygląda jak kłoda drewna, a jest opalaną bezą, zwijaną z mascarpone i różnymi dodatkami, jak maliny albo kuleczki z sokiem owocowym.

Ich cukiernia w Suchowoli jest oblegana przez klientów. Nie ma dnia, by w środku nie było kolejki po wypieki. O tym słodkim, rodzinnym biznesie rozmawiamy z Pawłem Andraką, właścicielem Cukierni Andraka.

Przedsiębiorcze Podlasie: Które ciasto jest pana ulubionym?

Paweł Andraka: Ptyś. Zdecydowanie.

Ale to sękacz jest liderem i królem wszystkich suchowolskich wypieków. To dzięki niemu zdobyliście uznanie i sławę.

– Tak. Startowaliśmy do Podlaskiej Marki Roku i uzyskaliśmy bardzo dużo głosów. Otrzymujemy mnóstwo nagród i dyplomów. Główne skrzypce gra nasz sękacz, podbił podniebienia nawet w ambasadzie francuskiej. Doceniany jest wszędzie. Często bywamy na jarmarkach, podczas których odbywają się konkursy, gdzie nasze wypieki otrzymują wysokie noty. Sękacz smakuje. Jednak najważniejszym laurem dla nas jest Certyfikat Produktu Regionalnego Ministerstwa Rolnictwa i Rozwoju Wsi.

Kto opracował recepturę sękacza?

– Rodzice w latach osiemdziesiątych – i do tej pory trzymamy się tej receptury i technologii wypieku. Wiadomo, że są różne techniki i różne są piece. Niektórzy dodają do sękaczy spulchniacze typu proszek do pieczenia czy soda, u nas tego nie ma. Wszystko musi być najwyższej jakości. Spulchniaczem naturalnym jest białko. Do każdej porcji ogrzewanego ciasta dodaje się ubitą pianę, delikatnie się miesza i dopiero zaczyna piec. I to właśnie dzięki temu nasze sękacze są takie puszyste. Takie o wadze półtora kilograma piecze się około czterdziestu pięciu minut.

Sękacze są na tyle popularne, że trudno nasycić nimi rynek. Czy to stąd też dużo stanowisk pracy w waszej firmie?

– Tak. Mamy już cztery zewnętrzne sklepy a niedługo powstanie piąty. Nasze wypieki można kupić w Białymstoku, w Dąbrowie Białostockiej, Mońkach, no i w Suchowoli. Tu, na miejscu, też pracuje sporo ludzi. Ale to firma rodzinna. Pracuję w niej ja, żona, mama, tata. Brat rozwozi towar. W tym jest siła, we wspólnej pracy najbliższych.

Czy mała miejscowość, taka jak Suchowola, jest dobrym miejscem dla przedsiębiorcy?

– Suchowola i jej okolica przede wszystkim jest bardzo ciekawym miejscem. Tędy biegnie trasa S8 i to jest strategiczne miejsce w turystyce tego rejonu. Jesteśmy otoczeni otuliną Parku Biebrzańskiego, co powoduje, że odwiedza nas bardzo dużo turystów. Chętnie przyjeżdżają do nas na kawę i ciasto. Zresztą w słodkości zaopatrują się u nas tez właściciele gospodarstw agroturystycznych. Wracają zawsze, bo są zadowoleni z naszych produktów.

My właściwie jesteśmy małą firmą, bo zależy nam na jakości naszej produkcji. I tym zyskaliśmy uznanie. Nie inwestujemy w reklamę i marketing, bo nie musimy tego robić. Wciąż mamy zamówienia, wypieki schodzą niemal na pniu. Tradycja i jakość stały się naszą promocją.

W sezonie – czyli od wiosny do późnej jesieni – odwiedza nas tak dużo turystów, tak że nie wyrabiamy się z zamówieniami. A trzeba pamiętać, że musimy jeszcze zasilić swoje sklepy i zrealizować mnóstwo zamówień indywidualnych, typu słodkie stoły na weselach, chrzcinach czy innych uroczystościach.

Czy zastanawiał się pan kiedyś na tym, by robić w życiu coś innego?

– Nie. Mam już pewien bagaż życiowy. On mi wcale nie ciąży, mimo że jest pełen doświadczeń. Oczywiste jest to, że każdy, kto prowadzi firmę, często ma powody do stresu. Ja też je mam. Pojawiają się różne trudne chwile, ale na stres jest pewien sprawdzony sposób – nasz ptyś.

Dziękujemy za rozmowę.

Komentarze